Nasza podróż zaplanowaną na cały miesiąc rozpoczęliśmy od wyjazdu do Warszawy, z której mieliśmy polecieć do Mediolanu a następnie do Stambułu. Podróż pociągiem do Warszawy odbyła sie bez ciekawych zdarzeń, dojechaliśmy do stolicy i od razu rzuciła nam sie w oczy ogromna ilość ludzi. Na lotnisku spotkaliśmy naszego przyjaciela Sergiusza, który dziwnym trafem leciał do Paryża, a z Paryża do Kamerunu, do pracy na statku. Wkrótce się pożegnaliśmy i ruszyliśmy do odprawy celnej.
W samolocie Alitalia, o którym naczytaliśmy się dużo niepochlebnych opinii w Internecie, dostaliśmy Alisnack, czyli schłodzone pudełko z jedzeniem, a w nim: woda w pojemniku jak jogurt, zimna bułka z serem i cukierek. Mieliśmy przesiadkę w Mediolanie, który zszokował nas olbrzymim lotniskiem.
Mieliśmy jedynie godzinę na przesiadkę do drugiego samolotu i odprawę, a trzeba było jeszcze znaleźć odpowiedni gate. Po trzech kontrolach antyterrorystycznych znowu byliśmy w samolocie Alitalii, który odleciał z godzinnym opóźnieniem. W końcu przemierzając km z Mediolanu do Stambułu w 2 godziny 10 minut dotarliśmy do miejsca przeznaczenia dokładnie o 1 w nocy. Lotnisko było ogromne, całe w marmurach i znowu długo szukaliśmy wyjścia, kupiliśmy wizy w odpowiednim okienku (15$ lub 10 euro) i idziemy po bagaż na taśmę. Tutaj skończyła się sielankowa podróż bez problemów. Wychodzimy z bagażami na plecach z zamkniętej strefy dla przylatujących i wchodzimy do poczekalni. Duże wrażenie już w tym momencie zrobili na nas ludzie tłumnie oczekujący na lotnisku przy poczekalni cierpliwie oglądając przybyłych chronionych przez policjantów z bronią maszynową. Przed nami tłum ludzi, taksówkarzy, ludzi z kartkami z nazwiskami, mnóstwo turków i turczynek w chustach na głowach. Uciekamy z widoku i siadamy na ławce aby żebrać myśli.
Wszędzie widać strażników z bronią. Planowaliśmy jechać metrem ale metro kursuje dopiero od 6 rano a była pierwsza w nocy. Spróbowaliśmy wymienić kilka dolarów na metro i juz niespodzianka minimum 10$ i 4% comission. No nic. Wymieniamy 10$ i wychodzimy ze strefy strzeżonej z plecakami i szukamy transportu do centrum. Nigdzie nie było opisanych w Internecie dolmuszy ani innych tanich środków lokomocji. Tylko i wyłącznie TAXI!!! Zdecydowaliśmy sie wrócić i poczekać na metro. Wracamy na lotnisko a tu niespodzianka, aby wrócić do poczekalni przechodzimy ponownie przez bramkę i rozlega sie alarm!!! Okazało się, że w plecaku znaleziono mój victorinox nóź mcgywera. Kazali go wyjąć i oddać do depozytu aż do czasu opuszczenia lotniska. Zrezygnowani i zestresowani siadamy na ławce. Wszędzie gdzie sie pojawimy podchodzą do nas jacyś ludzi i namawiają na hotel za 55 euro najtaniej.
Podjęliśmy decyzję, że jedziemy Taxówka, bo nas tutaj zamęczą na śmierć. Po dogadaniu się z szefem taksówek, który w garniturze wymachiwał nerwowo krótkofalówką stanęło na 15$ za podwiezienie do dzielnicy Sultanahmet do czystego hotelu za 30$. Powiedzieliśmy sobie, że musimy niestety zapłacić frycowe i wsiadamy do taksówki. Facet kierowca nic nie rozumiał po angielsku, jechał jak totalny szajbus tofasem (turk fiat) z lat siedemdziesiątych 100 km/h przy ograniczeniach 30- 50 km/h. Trzymaliśmy się w taksówce czego się tylko dało zwłaszcza kiedy kierowca z rykiem silnika przejeżdżał na czerwonych światłach kolejne skrzyżowania. W końcu po przejechaniu 25 km zawozi nas do dzielnicy Sultanahmet pod ładnie wyglądający pensjonat. Wychodzi dwóch śpiących Turków i rzucają cenę 50 euro za noc. Prawie padliśmy z wrażania, ratując się z opresji próbujemy negocjować, stanęło na 140 $ za 3 noce. Pamiętając wszystkie przestrogi targowaliśmy się tak, jak się tylko dało, w końcu oni nie dając za wygraną czekali na naszą decyzję. Powiedzieliśmy, że się zastanowimy i zamierzaliśmy znaleźć dalej coś sami. Taksówkarz, który nas przywiózł i dostał od nas 15$ zaczął za nami po prostu iść myśląc, że w końcu się złamiemy zmęczeni i wrócimy do jego hotelu, do którego nas zawiózł. Na pewno liczył na swoją działkę za to, że dowiózł dwóch naiwnych turystów. Na migi daliśmy mu znać żeby sobie poszedł, ale szedł za nami jak głupi. Szedł tak kilka chwil, aż w końcu przeklął i pojechał w swoją drogę. Zrezygnowani szukamy po nocy hotelu, a była już 4.40 rano.
Zwiedziliśmy kilka miejsc ale wszędzie nieugięci hotelarze chcieli zawrotne sumy za pół nocy, która jeszcze nam została. (50$ minimum) W końcu niemal zasypiając po drodze, znaleźliśmy za 60$ pensjonat za 2 noce. Pokój tragiczny, ale zmęczeni padamy. Jest 5 rano. Jesteśmy już w śpiworach, kiedy dojrzeliśmy 5 strzelistych, oświetlonych minaretów jakiegoś meczetu oraz latające dookoła nich dużych ptaków, które przeraźliwie krzyczały na wietrze. Przeraźliwie skrzeczące ptaki dodawały niesamowitej atmosfery temu miejscu. Rano okazało się, że były to minarety Błękitnego Meczetu. W końcu o 6.00 chyba zasnęliśmy, kiedy to z głośników na minaretach zaczął wydobywać się bardzo głośny głos muezzina nawołującego do modlitwy.
Budzimy się o 9.00, aby zdążyć na opłacone śniadanie. Było przygotowane na tarasie na dachu hotelu. Wychodząc na taras wpadliśmy pierwszy raz w Turcji w 35 stopniowy żar z nieba. Szybko chowamy się pod parasol i jemy: jajko na twardo, troszkę słonego koziego sera z puszki, dżem, kilka kawałków pomidora oraz pokrojony ekmek czyli lokalna biała bagietka. Jak się później okazało w całej Turcji śniadanie wyglądało identycznie, czasami urozmaicane były pociętymi kawałkami owoców. Po śniadaniu zaczynamy zwiedzać bajkowy Stambuł z dwoma przewodnikami w rękach Lonely Planet - Turkey i Turcja wydawnictwa Bezdroża. Wszystkie ceny podane w obydwu przewodnikach można było schować między bajki - kompletnie nic się nie zgadzało. Ceny okropnie wysokie tylko jedzenie w miarę tanie za 1 lirę dostajemy doner kebab.
Błekitny Meczet

Monika zachwycona wspaniałym Stambułem
Wszędzie mrowie turystów. Ceny są naprawdę zabójcze, hotele pensjonaty i hotele młodzieżowe horrendalnie drogie. Przeklinamy wszystkich doradzających z Internetu i nie tylko mówiących nam o hotelach za max 10$. Dzięki tym prognozom wyliczyliśmy budżet na 50$ dziennie, który w Stambule okazał się połową realnych wydatków. W tym momencie pewno mnóstwo ludzi zacznie mówić, że się nie znamy, że nie umiemy szukać albo targować się itd. Pozdrawiam ich wszystkich i życzę wesołych świąt. Kiepska to przysługa podając komuś niesprawdzone informacje, albo newsy sprzed kilku lat.

Aya Sophia Camii

Dawna łaźnia przerobiona na sklep z dywanami

Wejście do Wielkiego Bazaru

Moja żona w kolejnym meczecie

Takie zabytkowe meczety były na każdym kroku
Po wspaniałym dniu postanowiliśmy wyspać się porządnie i uciekać ze Stambułu. Wieczorem po miłym dniu wchodzimy do naszego pensjonatu, niezbyt dobrze się czując mając w perspektywie noc w tragicznych warunkach, a tu właściciel noc przed wyjazdem każe nam się rozliczyć. Płacimy umówione 60$ za w zasadzie półtorej nocy, a on na to że my go chcemy oszukać i że on nie jest crazy i każe dopłacić 10$. Tak jak stałem myślałem, że facetowi po prostu przywalę, bo to inaczej się nie da nazwać. Na żywca próbował nas orżnąć mówiąc, że nigdy z nami się nie umawiał na 60$ za dwie noce. W końcu poszliśmy do pokoju mówiąc mu, że liczy się pierwsza umowa i nic mu nie dopłaciliśmy więcej. Facet jeszcze się awanturował, ale my mieliśmy go gdzieś. Poszliśmy spać, a nazajutrz po śniadaniu wyszliśmy jak gdyby nigdy nic z plecakami na placach.


Aya Sophia Camii w nocy
Wyruszyliśmy w kierunku meczetu AYA SOPHIA, gdzie zaczyna się linia tramwajowa i za 1,1 liry za żeton przemieszczamy się klimatyzowanym tramwajem do stacji Aksaray, gdzie przesiadamy się na metro do Otogaru. Wyszliśmy z metra i ze zdumienia zatrzymalismy się w miejscu - przed nami pojawił się olbrzymi dworzec wyglądający jak supermarket cały oszklony z licznymi odnogami. Na dole dookoła dworca mieściły się firmy przewożące turystów do najbardziej odległych miejsc w Turcji i nie tylko. Wybraliśmy firmę, która w swojej nazwie miała TRUVA czyli po turecku Troja. Zamierzaliśmy wybrać się do Canakkale 340 km od Stambułu.

Promem do Canakkale
Autobus był luksusowy i w miarę czysty (Mercedes), ale luksusowa był również cena jaką musieliśmy zapłacić za bilety 50 lir za dwie osoby. Podróż zajęła nam ponad 6 godzin. Jechaliśmy stroną północną zostawiając za sobą morze Marmara i wspaniałe plaże, aby późnym popołudniem dojechać na prom do Canakkale. Zostaliśmy jeszcze poczęstowani turecką herbatą na promie przez miłego pana na pokładzie.
Canakkale to typowy nadmorski port z muzeum morskim i wieloma punktami z kebabami za 1-2 liry. Spędziliśmy śliczny wieczór spacerując po miejscowości i robiąc zdjęcia. W nocy zaczęło lać to był jeden jedyny dzień kiedy w Turcji podczas naszego pobytu padało. Znaleźliśmy hotel EFEZ z przewodnika LP za 22 liry za dobę za naprawdę miły pokoik z łazienką, ale bez toalety. Zostaliśmy tam 3 dni i stargowaliśmy cenę z 25 na 22 liry czyli 150 zł za 3 dni. Tutaj ponownie chciałbym zrugać podpowiadającym internautom, że hotele poza Stambułem są śmiesznie tanie. Piszę to, aby przestrzec innych, żebyście wrócili z Turcji. Myśmy bowiem nieświadomi cen wyższych średnio 2-3 krotnie zarezerwowali sobie pobyt znacznie dłuższy, a co się z tym wiąże mieliśmy bilety lotnicze zarezerwowane na konkretne dni. Przed samym wyjazdem rozmawiałem z dziewczyna z Travelbitu, która zamierza za 400$ spędzić 2 miesiące w Turcji, Gruzji, Armenii i gdzieś tam jeszcze!!! Mam nadzieję że wrócisz cało Agata!!! Jest szansa że znajdzie się hotel poza Stambułem za 10 lir czyli za około 7dolców, ale to warunki jak w melinie bez możliwości skorzystania z prysznica i wielu innych rzeczy.
03.07 W nocy tak zaczęło lać, że Monika się obudziła, lało aż do 10 rano i to był jedyny dzień w Turcji kiedy naprawdę padało. Prognozy nas nie rozpieszczają mówią, że będzie lało przez dwa dni. Dzisiaj mamy zamiar jechać zwiedzać Troję, ale w tej pogodzie zobaczymy. Pół godzinki spędzone w kawiarence internetowej pozwoliły napisać kilka zdań na forum travelbitu. Teraz zupełnie ładnie się wypogodziło i temperatura gwałtownie skoczyła do góry. Zdecydowaliśmy się jechać do Troji. Dojechaliśmy tam dolmuszem, małym autobusikiem 10 osobowym, który za 3 mln - 3 liry zawiózł nas 25km pod samą bramę muzeum. Wstęp7$ na osobę. Chwila decyzji i wchodzimy.

Koń rekwizyt z filmu "Troja" z Bradem Pittem na głównej ulicy w Canakkale
Cała Troja to teren wykopalisk archeologicznych, które co roku odkrywają coraz to nowe domy i mury starego miasta Troi. Okolice tego terenu zostały ogrodzone bowiem w przyszłym roku maja ruszyć wykopaliska na niespotykana dotychczas skalę. Sponsorzy Daimler Chrysler i Siemens. Troja zrobiła niezłe wrażenie, poza muzeum poszliśmy na wiejski targ i kupiliśmy owoce i pistacje. Było troszkę taniej niż w mieście. Po drodze spotkaliśmy miła rodzinkę z Nowej Zelandii, którzy byli urzeczeni Turcja i są tutaj po raz 3. Głównie z powodu Galipoli tzn. Półwyspu na który jedziemy jutro, gdzie w czasie pierwszej wojny światowej Australijczycy walczyli z Turkami i zginęło tutaj ponad pół miliona żołnierzy. Dziadek spotkanego tutaj faceta walczył właśnie wtedy i z tego powodu cała rodzinka Nowej Zelandii przybyła na jego grób.
04.07 Następnego dnia w czasie śniadania dowiadujemy się, że właścicielka hotelu w którym mieszkamy hoduje kaczki w domu!!! Wysyłamy pocztówki i jedziemy na półwysep Gallipoli. Tutaj znajduje się około 30 cmentarzy żołnierzy poległych w walkach. Prom zawozi nas na półwysep Gallipoli i już dopada nas taksówkarz i proponuje trasę po polach bitewnych. Rezygnujemy z jego usług i idziemy dalej pieszo. Zgodnie z mapa LP idziemy do Gallipoli main info center. Tam oglądamy wystawę multimedialną i dowiadujemy się ze wszystkie pola są od siebie oddalone o około 10-15km. Udaje nam się złapać stopa i dojeżdżamy do muzeum. Muzeum jest niewielkie, ale bardzo treściwe. Moje prawo jazdy zrobiło akcje jako legitymacja studencka i weszliśmy za pół ceny. To było jedyne miejsce w Turcji na które się natknęliśmy ze była jakaś zniżka. Wśród wielu eksponatów, mundurów broni menażek i innych pozostałościach można było zobaczyć but żołnierza znaleziony z kością w środku.
Poniżej wklejam ciekawy fragment tekstu znaleziony
w sieci dotyczący walk w 1915 roku:
"GALIPOLI 1915 7 sierpnia 1915 podczas kampanii przeciwko Turcji na Gallipoli przeprowadzono australijski atak na tureckie okopy. 600 żołnierzy australijskiej Lekkiej Brygady Kawalerii skierowanych zostało w czterech rzutach do ataku na wzgórze Baby 700 koło Lone Pine, bronione przez okopy i ogień karabinów maszynowych. Z niewyjaśnionych przyczyn ogień artyleryjski marynarki, który miał uniemożliwić Turkom jakąkolwiek akcję przed rozpoczęciem australijskiej ofensywy, ustał siedem minut przed czasem. Australijczycy nie wiedzieli, czy atakować już, czy jeszcze poczekać. Obawiali się, że marynarka wznowi ostrzał, kiedy przejdą do natarcia. Postanowili jeszcze poczekać jeszcze siedem minut. To dało Turkom czas na przygotowanie się do odparcia sił przeciwnika. 150 żołnierzy, którzy pierwsi wyszli z okopów, zostało zasypanych gradem kul z odległości zaledwie 60 metrów . Większa część nie doszła nawet do połowy drogi i wkrótce cały oddział został wybity. Dwie minuty później wyruszyli następni żołnierze, choć wiedzieli, że pierwszym się nie udało. I ci zginęli w ciągu kilku sekund. Teraz nadeszła kolej na trzeci rzut, którym dowodził major Todd. Todd zwrócił uwagę na bezcelowość dalszych ataków i niepotrzebną stratę w ludziach. Jego słowa przekazano pułkownikowi Antillowi. Ale ten usłyszał właśnie plotkę jakoby w okopach tureckich powiewała już australijska flaga i kazał Toddowi wesprzeć dzielnych Australijczyków, którzy rzekomo doszli już do tureckich stanowisk. Tak więc i trzeci rzut ruszył naprzód - i w chwilę potem wszyscy zginęli. Również dowódca czwartego rzutu zwracał uwagę, że zadanie jest niemożliwe do wykonania, tym niemniej Antill posłał ich na pewną śmierć, nie podając tym razem żadnego powodu. Podczas czterech ataków zginęło 435 żołnierzy, i to tylko dlatego, że żaden oficer nie miał odwagi wstrzymać bezsensownej rzezi."
Biorąc pod uwagę, że zginęło tutaj ponad pół miliona ludzi trzeba tutaj przyjechać i zobaczyć te tereny, transzeje i cmentarze. Nie zobaczyliśmy cmentarzy bowiem trzeba było jechać około 23km od muzeum aby do nich dotrzeć. Wróciliśmy znowu stopem do Eceabat, miasteczka przy przystani promowej i czekając na prom rozmawialiśmy z polskim kierowcą Tira wiozącym kineskopy do Turcji. Jutro wyjeżdżamy z Canakkale będziemy próbować wydostać się z miasta stopem aby zaoszczędzić około 25$. Wydostanie się z centrum i dojście na miejsce gdzie zaczęliśmy łapać stopa zajęło nam około pół godziny marszu z plecakami w upale. Ten moment jest zawsze najgorszy ale nie mieliśmy innego wyjścia chcąc podróżować stopem. Najpierw zatrzymał się facet, który nie rozumiał aniołowa po angielsku i siedział cicho, następnie kierowcę tira z klimatyzacją. Tutaj było najlepiej, ale.. Facet właśnie robił dezynfekcję swojej ładowni i wrzucił nasze plecaki właśnie tam. Mimo naszych sprzeciwów mówił, że nic im nie będzie. Później plecaki były mokre i śmierdziały popiołem.
Ostatni odcinek jazdy do Bergamy jechaliśmy ciężarówką, wywrotką z piaskiem, było naprawdę wesoło kierowca nic nie rozumiał po angielsku ale było miło. Pojechaliśmy w końcu do Bergamy i znaleźliśmy pensjonat opisywany w LP. Po stargowaniu na cenę 17$ za dwójkę za jedną dobę zostaliśmy w mieście. Planowaliśmy dwa dni pobytu a następnie mieliśmy wyjechać do miejscowości Selcuk, Monika jednak zobaczyła w drodze do Bergamy tyle pięknych plaż, że zdecydowaliśmy się zostać po Bergamie dwa dni w miejscowości z plażą. Bargama jako miasto jest egzotyczne dla polaka. Palmy rosną wzdłuż drogi jak u nas drzewa. Mnóstwo małych głośnych motorków podobnych do naszych starych komarów. Nad miastem widniała w oddali wielka góra z pozostałościami antycznej Grecji - Pergamon. Tam udaliśmy się następnego dnia idąc pieszo (nikt inny nie szedł pieszo wszyscy jechali taksówkami) aż na sam szczyt. Widoki były takie, że odejmowało nam mowę. Na samym szczycie znajdowało się open air muzeum Pergamon koszt wejścia 10 lir na osobę czyli jakieś 7$ wydawało się trochę dużo. Przewodnik pisał o 2$. Pozostałości starożytnej Anatolii były w Pergamonie po prostu cudowne, Trajaneum, świątynia Trajana, Biblioteka Pergamońska z jedną ocalałą ścianą. Od słowa Pergamon powstała nazwa pergamin. Podobno w szczytowym okresie znajdowało się tutaj ponad 2 tysiące pergaminów, niemal tyle co w słynnej bibliotece aleksandryjskiej w Egipcie. W Pergamonie na szczycie znajduje się również amfiteatr najbardziej stromy w Azji Mniejszej na 10 tysięcy miejsc. Słowem bajka było wspaniale, każdy kto przyjeżdża zwiedzać Turcje nie może pominąć Bergamy.
Dostaliśmy potężną dawkę promieniowania słonecznego podczas wędrówki do Pergamonu bowiem wróciliśmy do miasta i niemal padliśmy pod sklepem z napojami. Do końca dnia jakoś dotrwaliśmy najniższa temperatura pojawiła się wieczorem koło 22 było około 28stopniCelsjusza. W Turcji jednak pogoda jest po prostu pewna.
Następnego dnia po śniadaniu wybieramy się do Foczy na drodze do Izmiru, aby Monika mogła się wymoczyć w morzu. Do Foczy dojechaliśmy znowu stopem z kilkoma przesiadkami. Po dotarciu w upale szukaliśmy hotelu. Ceny oczywiście bajońskie i znowu nic się nie zgadzało z przewodnikami. W końcu znaleźliśmy najtańszy pokój bez okna za 30lir za dobę bez śniadania. Zostaliśmy w nim dwie noce. Pierwszego dnia krzątaliśmy się po mieście i podziwialiśmy łodzie rybackie i mnóstwo małych rybnych knajpek. Następnego dnia wybraliśmy się na całodniowy rejs po morzu egejskim stateczkiem, który zatrzymywał się w wielu miejscach i umożliwiał swobodne kąpanie się w morzu. Pływaliśmy dosłownie w filmowych plenerach Monika bardzo się z tego cieszyła i uznała ten rejs jachtem za najciekawszy punkt pobytu w Turcji. Rybki na pokładzie jachtu smakowały wspaniale!!!

Focza zachód słońca
Z foczy następnego dnia dojechaliśmy do Izmiru do którego zawiózł nas bardzo miły człowiek pod sam dworzec autobusowy. Izmir to potężne miasto i musieliśmy jechać dolmuszem za 5 lir na głowę do Selcuka. W Selcuka zostaliśmy aż trzy dni bowiem bardzo nam się tutaj podobało. Mała ale urocza mieścina z gniazdami bocianów niemal na każdym słupie czy akwedukcie. Palmy rosną tutaj jak w Bagdadzie, jest po prostu prześlicznie. Zwiedziliśmy wspaniały EFEZ, pozostałości antycznego miasta Ephezos - po prostu rewelacja. Wszystkie przewodniki piszą, że jest to najwspanialszy zabytek w Turcji. Zwiedziliśmy muzeum Efeskie, w którym znajdują się pozostałości, które zostały przeniesione do strzeżonego kompleksu budynków, aby uchronić je przez rozgrabieniem. Następnie zwiedziliśmy jaskinię siedmiu śpiących. Zamurowanych kiedyś prześladowanych chrześcijan. Dzięki miejscowemu pomocnemu człowiekowi spotkanemu na ulicy poszliśmy na wzgórze, gdzie znajduje się twierdza, która podobno do połowy XX wieku była jeszcze zamieszkana przez ludzi. Jest zamknięta dla turystów, ale przez dziurę w płocie i po sforsowaniu tylnej bramy udało nam się dzięki temu człowiekowi dostać do środka.
Z twierdzy rozpościera się wspaniały widok na Efez, pola bawełniane i brzoskwiniowe oraz na cały Selcuk. W środku cytadeli znaleźliśmy stary zrujnowany meczet i obok kościół katolicki. Sądząc po stanie technicznym tej budowli będzie ona jeszcze długo zamknięta dla turystów. W Selcuku spędziliśmy ostatnie dwa dni razem z dwójką fajnych Polaków poznanych na ulicy, którzy podróżowali przez Turcję z nastawieniem na wędrówkę po górach.
(Pozdrowienia dla Janka i Mariusza!!!)
12 lipca wybraliśmy się z Selcuka do krainy wapiennych tarasów czyli do Pamukkale. Do Pamukkale dostaliśmy się w większej części stopem bezpośrednio z Selcuka do Denizli. W Denizli znaleźliśmy na Otokarze dolmusz do Pamukkale za 1 lirę od osoby. Ledwo zdążyliśmy wysiąść z dolmusza i zaatakował nas młodzieniec na skuterku oferując hotel z basenem 50 metrów od nas. Udaliśmy się z nim i po negocjacjach zadowoleni z basenu zostaliśmy na dwie noce za cenę 40 lir ze śniadaniami. Monika od razu wskoczyła do basenu w którym właściciel właśnie rano zmienił wodę. W Pamukkale znajduje się cud natury wapienne tarasy do których dostać się można było kupując bilety za 5 lir. Udało nam się obejść płacenie bowiem bilety dostaliśmy od pary uczestników polskiej wycieczki Triada. Wapienne tarasy były wspaniałe chociaż przepełnione ludźmi. Na górze po wejściu na tarasy naszym oczom ukazało się starożytne miasto Hierapolis.

Amfiteatr w Hierapolis

Amfiteatr i fragment miasta

Monisia walczy ze słońcem - jesteśmy tylko my i nikogo więcej

Splądrowane katakumby

Fragmenty grobowców w Hierapolis

Mortyrium św. Filipa

Główna ulica w Hierapolis przy wapiennych tarasach obecnie....

....a tak wyglądała w antycznych czasach
Zrobiło ono na nas takie wrażenie, że Efez się chowa!!! Początek zwiedzania miasta to kąpiel z woda mineralną, gdzie można zauważyć uchodzące bąbelki z dna zbiornika. To gazy siarkowe. Można było sobie nalać dosłownie za darmo wody mineralnej, dosyć ciepłej niestety podobnej w smaku do naszej wody w uzdrowisku w Kudowie Zdrój.
Kąpiel oczywiście jest płatna i kosztuje bajońska sumę 18 lir za 2 godziny kąpieli. To rozbój w biały dzień!!! W zbiorniku zanurzone były antyczne pozostałości po Hierapolis: kolumny, rzeźbione głazy i inne. Słowem wspaniale ale za drogo. Nie weszliśmy ze względu na cenę i poszliśmy zwiedzać miasto. Na naszej trasie zwiedzania miasta, a raczej ruin nie było żywej duszy może z powodu wielkiego upału (ponad 40stopni). Miasto było rozrzucone na przestrzeni kilku kilometrów. Można było zaobserwować amfiteatr bardzo dobrze zachowany, świątynia świętego Filipa - Mortyrium, również w bardzo dobrym stanie, tam został on zamęczony na śmierć. Katakumby wszystkie rozgrzebane i splądrowane. Każda miała zniszczony fragment narożnika przez który włamywacze dostawali się do środka i grabili pozostawione tam dla zmarłego naczynia inne takie. Człowiek czuje się tam jak Indiana Jones penetrując wszystkie zakamarki w zupełnej samotności. Było tak gorąco, że ludzie obserwowali tylko fragmenty miasta widoczne z drogi w klimatyzowanych autobusach. Wszyscy, którzy obejrzeli tarasy muszą koniecznie pójść zwiedzać dalej Hierapolis polecamy, rzadko kto się tam zapuszcza my nie spotkaliśmy nikogo!!!
Po dokładnym zwiedzeniu Pamukkale po 2 dniach udaliśmy się do Denizli, aby znowu zaoszczędzić dużo lir i podróżować stopem.

Wielbłądy przy wyjeździe z Pamukkale
Tutaj najdłużej czekaliśmy na stopa, ale w końcu się udało. Jechaliśmy do Konyi przez Afyon aby dostać się do Kapadocji. Podróż była bardzo męcząca, trwała cały dzień od świtu do zmierzchu, zrobiliśmy stopem 450km. Od Afyon do Konyi jechaliśmy z bardzo młodym człowiekiem dostawczym busem z którym mieliśmy śmieszną przygodę. Otóż w tych rejonach było tak bardzo gorąco, że wszędzie wzdłuż drogi można było zaobserwować szczątki opon. Nam się to też niestety przydarzyło, głośny strzał i nie mamy opony. Najlepsze było to , że opona pękła w taki sposób, że kompletnie nic z niej nie zostało. Facet w ogóle się nie zmartwił i wolno około 20 - 30km/h jechał kilka kilometrów do najbliższej stacji wulkanizacyjnej aby zmienić oponę. Zrobił bardzo głupio, bo z obciążeniem rozwalił sobie trochę felgę. Ale niczym się nie przejmował.
Na stacji do której dotarliśmy był serwis opon i już stała tam kolejka chętnych na zmianę opony. Zmienianie opony trwało dobra godzinę i jechaliśmy dalej. Facet był bardzo miły i kupił nam colę i bezinteresownie zawiózł do samego centrum pod drzwi hotelu. Znaleziony przez nas hotel był świeżo po remoncie i udało nam się za 45 lir ze śniadaniem zostać na dwa dni czyli cena była około 50zł za osobę za dobę. Warunki fantastyczne, dostęp do Internetu, śliczne nowe meble i pościel i inne. Hotel nazywał się Ulusan i możemy go każdemu polecić z ręką na sercu był to nasz najlepszy hotel w Turcji za tą cenę. Tutaj dowiedzieliśmy się siedząc dłużej przy komputerze, że facet który zgrywał nam zdjęcia w zakładzie fotograficznym z karty xd na Cd zrobił nas w konia bo nagrał nam jedynie połowę zdjęć z karty a resztę skasował. Ze łzami w oczach poprzysięgliśmy zemstę bowiem najlepsze zdjęcia z Efezu i Pergamonu właśnie odjechały w siną dal. Niemniej zostało na płytkach jakieś 275 zdjęć. Dobrze, że nie daliśmy kaset dv z filmami do nagrania na Dvd do pewnie również by coś skopali.
Okazuje się że trzeba liczyć w takich sytuacjach wyłącznie na siebie i nie zapominać kabla do aparatu!!! Sprzętu mieliśmy tak dużo że po prostu zapomniałem kolejnego kabla do aparatu aby zgrywać zdjęcia z aparatu gdzieś w hotelach. Konya to wielkie miasto które nie bardzo nam się podobało ze względu na ilość ludzi.
To co udało nam się zobaczyć to muzeum Mevlany- myśliciela, filozofa, założyciela bractwa wirujących derwiszy, który zmarł w 12 wieku. Do dziś odbywają się tutaj pielgrzymki do miejsca gdzie leży jego ciało. Muzeum pokazało nam w spaniały sposób kulturę islamu z muzyka w tle, oraz bractwo wirujących derwiszy. Tam niestety nie mogliśmy filmować ale cos tam ukradkiem udało mi się zrobić. Z muzeum Mevlany mamy obszerny materiał filmowy, który powala na kolana egzotyką.

Mevlana muzesi - muzeum Mevlany

W tym miejscu zaobserwowałem niemal histeryczny płacz kilku kobiet przy starożytnej relikwii

Charakterystyczny minaret z terakoty meczetu w Konyi

Takiego pokoju nie spotyka się dwa razy w Turcji - ukłony dla Otelu Ulu San
Po dwóch dniach drugi raz w Turcji autobusem udaliśmy się do Kapadocji do miejscowości Goreme. Fantastyczne góry, które się tutaj znajdują urzekły nas całkowicie. W tych okolicach a dokładnie w miejscowości Selime George Lucas nakręcił swoją pierwszą część Gwiezdnych Wojen. Po odpoczynku następnego dnia udaliśmy się na zorganizowaną całodniowa wycieczkę po Kapadocji. Zobaczyliśmy między innymi: podziemne miasta w Derinkuyu, dolinę gołębi, wąwóz Ihlary z wykutymi w ścianach kościołami, Selime, kompleks kościołów, przejść i komnat wykutych w skale. Zobaczyliśmy jeszcze podczas tej wycieczki twierdzę, która służyła jako przystanek dla karawan na jedwabnym szlaku. Twierdza była ogromna w stylu Irańskim nazywała się: Agzikarahan Caravanserai. Końcowym punktem naszej wycieczki był pokaz garncarstwa w miejscowości Avanos. Koszt wycieczki to 45 lir na osobę, ale w cenie był jeszcze całkiem niezły obiad. Jednak gdyby nie ta wycieczka nie udałoby się nam aż tyle zobaczyć w Kapadocji bowiem atrakcje są od siebie bardzo oddalone.

Taras przy naszej grocie w hotelu village house pension

Nasza grota w całej okazałości

Dworzec w Goreme
Tutaj musieliśmy zostać przez tydzień czasu, bowiem niestety zachorowaliśmy oboje na żołądek. Przez kilka dni mieliśmy straszne problemy z brzuchem i towarzyszyły nam dokuczliwe objawy. Monika była aż tak słaba, że zdarzyło jej się omdleć, ale przeżyliśmy - wzmocniliśmy się i kiedy nasz stan się poprawił 22 lipca wyjechaliśmy o 8.00 do Safranbolu, z którego do Stambułu mieliśmy już przysłowiowy rzut beretem.

Widok z naszego tarasu w nocy

Podczas wyprawy do Ihlara Valley

W podziemnym mieście Derinkuyu

Właśnie wyszliśmy z podziemi

Panorama Kapadocji

Selime to właśnie tutaj była kręcona pierwsza część Star Wars

Jeden z kościołów w Selime

Wnętrze kolejnego kościoła wykutego w skale

Odpoczynek po łażeniu po skalnych pieczarach

Caravanserai na jedwabnym szlaku

Atrakcja dla turystów

Podczas wycieczki do Open Air Muzeum w Goreme

Spacer po górach z dwiema Polkami poznanymi na forum travelbitu Kajko i Kasią

Panorama czerwonej dolliny

Podczas spaceru natknęliśmy się w górach na opuszczony kościół

Charakterystyczną cechą było to, że muzułmanie wydrapywali oczy i twarze w chrześcijańskich kościołach. Dzisiaj też to robią, ale innymi metodami

Podczas wycieczki w górach dołączyliśmy się do koreańskiej grupy

Opuszczone miasto w Zelve

Zachód słońca nad Goreme
Safranbolu to niewielka, ale malownicza miejscowość nad morzem czarnym charakteryzująca się ciekawymi bardzo starymi domami osmańskimi z charakterystyczną dachówką. Spędziliśmy tutaj miłe chwile, spacerując po miejscowości i okolicach. W naszym pensjonacie który nazywał się Bastoncu Pansiyon mieszkało sporo turystów z Korei, bowiem właściciel chlubił się tym że znał parę słów po japońsku i stworzył sobie sprytnie centrum pobytu skośnookich turystów.
Niemniej podczas naszego pobytu, na wieść że jesteśmy z Polski, właściciel i jego żona zupełnie nas ignorowali, jakby wiedząc, że nie damy się oskubać do końca, podobnie jak Koreańczycy. Niestety, na końcu naszego pobytu w pensjonacie po dwóch dniach przy płaceniu i wymeldowywaniu się właściciel, pokazał jaki jest naprawdę i próbował nas oszukać mówiąc, że kwota która płacimy jest za jedna dobę, a nie za dwie, jak wcześniej uzgadniliśmy z jego żoną, która teraz dziwnym trafem teraz zniknęła. Nasze tłumaczenia i jego przerodziły się w wyjątkową awanturę, podczas której myślałem, że dojedzie do rękoczynów. Facet na żywca próbował nas oskubać tłumacząc się, że żona nie zna dobrze angielskiego i się pomyliła. No cóż ja postawiłem na swoim, powiedziałem, że dzwonimy po policję. W końcu po 20 minutach awantury zostawiliśmy mu 45 lir - tyle ile wcześniej uzgadniliśmy z jego żoną i poszliśmy w swoją stronę. Szybko musieliśmy złapać jakiegoś stopa na dworzec, bo właśnie uciekał nam autobus do Stambułu.
Zdecydowanie odradzamy pobyt w tym pensjonacie, który pomimo wyjątkowo złych warunków (np. zagrzybiała łazienka w szafie) próbuje orżnąć turystów jak się da.

Pensjonat w Safranbolu. Na zdjęciach wygląda fajnie, ale tylko na zdjęciach

Panorama na Safranbolu i stare otomańskie domy wpisane na listę
światowego dziedzictwa Unesco

Zabita - to służba kontroli sklepów, organ finansowy badający
funkcjonowanie placówek handlowych

Emerytura w Safranbolu, czas leci miło i leniwie
Ostatnie dni pobytu spędziliśmy w Stambule zatrzymując się w najgorszym dormitorium, w jakim kiedykolwiek byliśmy - Hostelu Sindbad. To co się tutaj działo, przyprawiało o ból głowy!!!
Grzyby na ścianach, zatkane brudne toalety, ogólnie bród i smród. A najlepsze, że pracujący w nim ludzie dwóch niezłych cwaniaczków czuło się tak pewnym siebie, jakby oferowali pokoje w Hiltonie. Ceny nie były wygórowane tzn.: były chyba najtańsze w Stambule po 7 euro za dobę. Nasze odczucia względem tego miejsca, podzielali wszscy z wyjątkiem młodych Polaków!!!
O dziwo Polacy czuli się tam jak ryby w wodzie. Młodzi studenci których spotkaliśmy z Polski dziękowali bogu za kawałek rury w łazience z cieknącą zimną wodą!!! Bardzo mnie to zdziwiło. Nie jesteśmy specjalnie wybredni, ale Turcy po prostu nie mają za grosz przyzwoitości, żeby oferować pobyt w takich warunkach. Miejsce to odwiedzali ludzie w ilościach hurtowych dlatego, że było po prostu najtańsze. W Stambule spotkaliśmy dużo Czechów, Niemców, Francuzów, a nawet Nowozelandczyków. Powrotny lot mieliśmy w nocy i musieliśmy udać się na lotnisko już wieczorem, aby dostać się tam metrem, a nie bardzo drogą taksówką.

Fishmak


Rybacy i grilowane rybki

Żywa reklama coli turka

Grand Bazar i jego specjały

Towarów było bez liku, pochodziły z całego świata arabskiego i nie tylko

Laski cynamonu na straganie z przyprawami

Ostatnie płukanie w fontannach ablucyjnych pod meczetem Sulejmana Wielkiego

Uliczny sprzedawca bananów za 2,5 liry za kilogram czyli za 7,50zł nieźle co?

Most Galata

Na lotnisku szczęśliwi, że wracamy do domu